Prolog
Jak co dzień, zamiast biegać po placu zabaw z innymi dziećmi, siedziała mi na kolanach. Kazała sobie patrzeć prosto w oczy ,w których nadzieja przyczaiła się jak mała, złota rybka pod rafami. Tradycji stało się zadość.
„Czy zostaniesz moją nową mamą?” – jak mantra padło z jej usteczek pytanie. Niezwykła determinacja, która wyzierała z czarnych oczu, nie przystawała sześcioletniemu dziecku. Determinacja, z którą szukała nowej mamy dla siebie i swojego pięcioletniego brata, topiła mi serce. Jednak stopione serce to za mało, żebym w wieku 22 lat, bez pracy, w trakcie studiów, łapiąc życie pełnymi garściami, mogła zaopiekować się dwójką przedszkolaków.
„Nie, ja nie móc być twoja nowa mamusia, ale jak już taka mama się znajdzie, będzie miała najwspanialszą córkę w ziemii” wydukałam swoim łamanym hiszpańskim w nadziei, że Alicia zrozumie meritum. Dziewczynka wtuliła się we mnie i jej buźka się rozświetliła. „ Uff” odetchnęłam w duszy.
Alicia i Pedro byli rodzeństwem, które od urodzenia „bujało się”, mówiąc kolokwialnie, między swoimi rodzicami biologicznymi a instytucjami opiekuńczymi. Będąc wolontariuszem w centrum edukacyjno – opiekuńczym w Hiszpanii potrzebowałam kilku miesięcy , żeby zrozumieć sytuację Alicii i Pedra. Nie tylko słaba początkowa znajomość hiszpańskiego była problemem; ale przede wszystkim moja niemożność zrozumienia polityki i procesów, przez które dziecko jest skazane na taką szarpaninę przez długie lata. Później zrozumiem z tego więcej, ale wtedy sytuacja tej dwójki była dla mnie oburzająca. Alicia i Pedro zostali rodzicom odebrani zaniedbani, brudni i głodni. Mama i tata okazali się nie tylko uzależnieni od narkotyków, ale byli też dealerami”, po raz kolejny odbywając karę pozbawienia wolności. Przed rokiem sąd dał matce zwolnienie warunkowe, żeby mogła zaopiekować się dziećmi. Niestety, po kilku miesiącach matka ponownie trafiła za kratki a dzieci do pogotowia opiekuńczego.
Cóż mogły czuć te dwa małe Szkraby?
Sześcioletnia dziewczynka planująca , jak znaleźć nowych rodziców….
Pięcioletni chłopiec, który nigdy nie wspominał o rodzicach ani „starych”, ani „nowych”. Biegając po placu zabaw, szukał zaczepki na każdym kroku. Zniszczył zabawkę, kopnął kolegę, napluł w twarz; po czym uciekł do plastikowego domku, skulił się w kącie i szlochał. Nie pozwalał się przytulić, pogłaskać; w żaden sposób pocieszyć. Jak zraniony ptak trzepoczący skrzydłami i dziobiący na oślep.
Rodzeństwo nie mogło pozostawać ze swoimi rodzicami biologicznymi, którzy stanowili dla nich zagrożenie. Nie mogli też zostać adoptowani , bo ich rodzice nie byli pozbawieni praw opiekuńczych. Wychowywali się więc w różnych placówkach.
„Czy nie ma innej możliwości? Czy są skazani na domy dziecka?” – spytałam mojego opiekuna wolontariatu, Carlosa.
„ Ania, mi terremoto” – Carlos zwykł mnie nazywać trzęsieniem ziemi – „Jest jeszcze jedna możliwość. Rodzina zastępcza, która mogłaby się nimi zaopiekować na czas wyjaśnienia sytuacji prawnej. Niestety takich rodzin jest bardzo mało i nie znaleźliśmy dla nich żadnej”.